Wydarzenia
Czerwcowy wypad do Gdańska - 20-22.06.2008
- Kategoria: Wydarzenia
- Opublikowano: niedziela, 25, luty 2018 12:00
- PSMKMS
- Odsłony: 1400
Gdy tylko dowiedziałem się, że do Krakowa przyjedzie gdański N8C - 1133, by przez trzy miesiące wspomagać nasze dwukierunkowce przy obsłudze alei Pokoju, ślepo zakończonej z powodu przebudowy ronda Grzegórzeckiego, wiedziałem że musimy zorganizować kolejną imprezę na wzór "Tramwajowej zamiany miejsc". Zwłaszcza, że w przeciwnym kierunku pojechał krakowski NGT6 numer 2018. Dwa lata temu bowiem, gdy do naszego miasta przybył skład 111N z Gliwic, dogadaliśmy się z kolegami ze Śląska. Ci najpierw przygotowali przejazd naszą stozłomką po GOP-ie, po czym my zrewanżowaliśmy się im imprezą ich składem po krakowskiej sieci. Teraz miało być podobnie.
Przejazd "Gdańskim Dortmundem po Krakowie" odbył się w sobotę 31 maja 2008 roku. Wtedy też dowiedzieliśmy się o terminie planowanej imprezy krakowskim tramwajem po Gdańsku. Obiecaliśmy, że na pewno zjawimy się na imprezie. Koledzy z Pomorza mieli wprawdzie małe trudności z wynajęciem naszego Bombardiera, jednak w końcu wszystkie problemy udało się przezwyciężyć i dosłownie na tydzień przed przejazdem dowiedzieliśmy się, że... jedziemy na weekend do Gdańska.
Nocny przejazd pociągiem przez Polskę nie należy do rzeczy rutynowych. Zwłaszcza, gdy w podróż wybieramy się w piątek 20 czerwca, w dniu w którym kończy się szkoła i zaczynają wakacje. Spodziewając się dantejskich scen, ludzi wiszących na zderzakach, bitwy o każde miejsce siedzące, nawet na muszli klozetowej w ubikacji, postanowiliśmy nieco uniknąć problemów. Dołożyliśmy te kilkadziesiąt złotych więcej i kupiliśmy sobie bilet turystyczny na pierwszą klasę. Rozwiązanie to okazało się być strzałem w dziesiątkę, dzięki czemu cały wyjazd wypadł wyśmienicie, ale po kolei...
Podróżując na Pomorze, zdecydowaliśmy się na nocny pociąg który wyjeżdżał z Krakowa po godzinie 20, by nad ranem zjawić się w Bydgoszczy. Tam planowaliśmy sobie zrobić krótką przerwę na sfotografowanie najnowszej Pesy, by następnie udać się już bezpośrednim pociągiem do Gdańska. Cały problem polegał na tym, że skład, w którym mieliśmy spędzić noc, przyjeżdżał z... Rzeszowa. Wprawdzie na Płaszowie dołączano wagony, jednak tylko drugiej klasy.
W każdym razie, w bojowych nastrojach zameldowaliśmy się przed godziną 20 na płaszowskim dworcu. Postępując według opracowanej wcześniej taktyki, mieliśmy podzielić się na dwa zespoły. Pierwszy miał za zadanie zdobycie pozycji w wagonie klasy pierwszej. Gdyby nie udała się ta sztuka, w odwodzie był drugi zespół, który zająłby miejsca w przedziale drugiej klasy. Zdobycie wolnego przedziału w dwójce okazało się być zadaniem banalnie prostym. Kolegom atakującym przedział klasy pierwszej zadanie również prawie się udało. Okazało się bowiem, że zajęli przedział... dla matki z dzieckiem, w którym siedziała już... kobieta w ciąży. Cóż, mieliśmy do wyboru, albo jechać w przedziale klasy drugiej w osiem osób z tłokiem na korytarzu, albo zdecydować się na ryzyko jazdy w przedziale klasy pierwszej i modląc się, by nie znalazła się żadna inna matka z dzieckiem oraz by nasza współpasażerska... nie zaczęła rodzić. Wybraliśmy to drugie rozwiązanie. Jak się okazało, bardzo słusznie.
Pociąg jadący z Rzeszowa oczywiście się spóźnił. Pomiędzy Płaszowem a Głównym stanęliśmy z niewiadomych przyczyn na kolejne kilkadziesiąt minut. Na Krakowie Głównym dziki tłum ładujący się do składu dorobił kolejne minuty i tak opuszczając nasze miasto, mieliśmy niemal godzinę spóźnienia. Mimo to, w ekipie złożonej z kolegów: Wiroosa, Kaczora, Thomasa, Radka i mnie, panowała miła atmosfera. Nasza współpasażerska chyba początkowo nieco zaniepokojona była naszą obecnością, jednak dość szybko pierwsze lody zostały przełamane, a gdy jeszcze dowiedzieliśmy się, że to dopiero szósty miesiąc, mogliśmy spokojnie podróżować na drugi koniec Polski.
I tak toczyliśmy się spokojnie w kierunku Zagłębia. W Dąbrowie Górniczej chwilowo doszło do małego kryzysu. Stanęliśmy bowiem na bocznym torze, po czym tuż obok wyprzedził nas pociąg "Skrzyczne". Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt że planowaliśmy kilka godzin później przesiąść się właśnie do niego w Bydgoszczy. Pal licho focenie sepsy, ale mimo wszystko chcieliśmy zdążyć na imprezę do Gdańska. W ruch poszła "cegła" czyli Sieciowy Rozkład Jazdy Pociągów i dopiero w tej chwili uświadomiliśmy sobie, że nasz skład jedzie do Kołobrzegu i to bynajmniej nie przez Gdańsk. Druga i to zdecydowanie lepsza wiadomość była taka, że nasz pociąg w przeciwieństwie do "Skrzycznego", omija Łódź i jedzie przez Skierniewice i Łowicz. Panika chwilowo została odwołana, a my zadowoleni z możliwości zaliczenia jeszcze jednego odcinka linii kolejowej, powoli zaczęliśmy układać się w przedziale.
W Kutnie opóźnienie znacząco się zmniejszyło. Przy okazji upewniliśmy się, że "Skrzyczne" jest daleko za nami. W Bydgoszczy zjawiliśmy się tuż po godzinie piątej, zaledwie kilka minut po czasie. Z pewnym żalem opuszczaliśmy naszą współpasażerkę, która jechała dalej. Również ona chyba zżyła się "z dziwnymi ludźmi, którzy nie wiedzieć skąd, wiedzą jakie mijają nas pociągi" - jak to określiła nas swojemu mężowi przez telefon.
W Bydgoszczy mieliśmy ponad godzinę na przesiadkę. Wiroos, Radek i Kaczor popędzili focić sepsę, a tymczasem Tomek i ja, zabraliśmy się za łażenie po stacji, w poszukiwaniu szynobusów do sfocenia i czegoś do zjedzenia. Dodatkowo, mieliśmy jeszcze jedno zadanie. "Skrzyczne" miało stać w Bydgoszczy 20 minut i chcieliśmy wykorzystać ten czas na zajęcie wolnego przedziału klasy pierwszej.
"Skrzyczne" zjawiło się w Bydgoszczy planowo, dzięki czemu spokojnie mogliśmy zająć sobie wolny przedział, z którym oczywiście nie było jakiś większych problemów. Tuż przed odjazdem w wagonie zjawiła się reszta ekipy, więc spokojnie mogliśmy ruszać w kierunku Gdańska. Na miejscu byliśmy planowo, o 9:17.
Pierwsze nasze kroki, po zakupieniu biletu całodziennego, skierowaliśmy na pobliski przystanek tramwajowy. Początkowo mieliśmy wielkie plany zaliczenia którejś pętli przed imprezą. Jednak tradycyjnie skończyło się na foceniu na Hucisku. Tam przy okazji spotkaliśmy kolegę Przemka, który wraz z rodziną przebywał na wakacjach na Pomorzu Gdańskim.
Jako, że powoli zbliżała się godzina rozpoczęcia imprezy, zdecydowaliśmy się więc powoli skierować do zajezdni Wrzeszcz. Tam na początek przywitał nas zabytkowy wagon N numer 11, który właśnie wyjechał z zajezdni, by zawrócić na pobliskiej pętli "Abrahama".
Po chwili, spomiędzy zabudowań zajezdni wyłonił się krakowski NGT6 - 2018, za którym wszak zdecydowaliśmy się jechać aż na drugi koniec Polski. Tramwaj po krótkim postoju na placu, zdecydował się opuścić bramy zajezdni, by zabrać na swój pokład przybyłych uczestników wycieczki.
Plan wycieczki zakładał przejazd do Oliwy, zaliczenie Zaspy i w końcu dotarcie do najmłodszego odcinka gdańskiej sieci tramwajowej pętli "Chełm". Z programu wypadły inne końcówki. Zakład Komunikacji Miejskiej w Gdańsku wolał nie ryzykować przejazdu nieswoim wagonem po torowiskach będących w gorszym stanie. Aby uzupełnić tę lukę, miłośnicy z Gdańska zaproponowali podmianę tramwajów. W połowie imprezy mieliśmy się przesiąść i w dalsze zwiedzanie gdańskiej sieci wybrać się na pokładzie aż dwóch wozów: Bergmann-a numer 266 z 1927 roku oraz przywróconego do oryginalnego stanu 105N numer 06205.
Zgodnie z planem, pierwszą końcówką do której dotarliśmy, była pętla w Oliwie.
Pierwsze minuty jazdy krakowskim Bombardierem po gdańskich torach upewniły nas w przekonaniu, że nasz tramwaj nie nabrał gdańskich manier i jeszcze nie zaczął się staczać z przystanków. Za to pogoda nam sprzyjała, a koledzy z Gdańska wiedzieli, gdzie zatrzymać się na fotostopy, więc mogliśmy spokojnie uczestniczyć w imprezie.
Kolejną końcówką po "Oliwie", jaką odwiedziliśmy podczas przejazdu, była wspomniana powyżej "Zaspa". Na pętlę dotarliśmy więc od strony północnej. Opuściliśmy wagon na przystanku dla wysiadających i udaliśmy się na szczyt pobliskiej skarby wykopu. Stąd rozpościerała się panorama na całą pętlę. Krakowski Bombardier wykonał tymczasem kilka rund honorowych wokół końcówki, dzięki czemu mogliśmy go sobie dokładnie obfotografować.
Po wizycie na Zaspie, ruszyliśmy w końcu w stronę centrum. Niestety, w międzyczasie pogoda zaczęła się powoli psuć. Jednak my nie traciliśmy dobrego humoru.
Przy przystanku SKM "Gdańsk Politechnika" przejechaliśmy na drugą stronę torów kolejowych. Dzięki temu mogliśmy się po chwili zatrzymać na fotostop, podczas którego krakowski Bombardier zapozował do zdjęć na tle stoczniowych żurawi.
Stąd było już blisko do początku najmłodszej gdańskiej trasy tramwajowej na "Chełm". Plan zakładał opuszczenie tramwaju na jednym z przystanków po drodze i ustawienie się na wiadukcie, by z góry móc sfotografować nasz tramwaj. Bombardier tymczasem miał pojechać na pętlę, by tam zawrócić i po chwili zrobić najazd do zdjęć.
Podczas, gdy krakowski NGT6 zawracał na pętli, my podziwialiśmy dopiero co otwartą trasę tramwajową. Nowa linia pod wieloma względami jest wyjątkowa. Przede wszystkim trasa charakteryzuje się praktycznie całkowicie wydzielonym torowiskiem, dzięki czemu tramwaje mogą pędzić pomiędzy przystankami z ogromną prędkością. Kolejnym wyróżnikiem linii na "Chełm" są jedne z największych w kraju pochylenia niwelety. Skutkiem tego po linii mogą kursować tylko wagony wyposażone w piasecznice. Są to więc zarówno nowoczesne NGT6 i NGd99, nieco starsze N8C, jak i... zabytkowa eNka czy Bergmann. Na "Chełmie" nie zobaczymy za to żadnej stozłomki, które w szczególności w Gdańsku miałyby dość spore problemy z utrzymaniem się w stanie spoczynku na przystankach.
Tramwaj po krótkim oczekiwaniu nadjechał od strony pętli. Tuż za nim zjawił się kolejny Bombardier, tym razem na linii numer 1, a także... ściana deszczu.
Po zrobieniu zdjęć, wszyscy zaczęli w pośpiechu szukać schronienia przed ulewą. Części osób udało się schować pod wiatą przystankową. Ci, którzy mieli do niej zbyt daleko, załadowali się do windy, która dość szybko odmówiła transportu takiej liczby pasażerów. Deszcz pojawił się nieoczekiwanie, ale równie szybko ustąpił, dzięki czemu mogliśmy bez większych problemów wsiąść do wracającego z centrum Bombardiera. Na kolejne zdjęcia zatrzymaliśmy się już na pętli "Chełm", gdzie słońce zaczęło do nas powracać.
Cel wycieczki został osiągnięty, więc mogliśmy powoli zacząć wracać do zajezdni we Wrzeszczu. W drodze powrotnej nie obyło się oczywiście bez fotostopów. Na zdjęcia zatrzymaliśmy się na wyjeździe spod wiaduktu przy Bramie Oliwskiej. Szczęście nam sprzyjało, dzięki czemu udało się nam uwiecznić na zdjęciach krakowskiego Bombardiera razem z niskopodłogowym wagonem NGd99 - 1002. Tramwaj ten jest przedstawicielem czwórki wozów tego typu, które Gdańsk zakupił mniej więcej w tym samym okresie czasu, kiedy do Krakowa trafiły pierwsze Bombardiery. W moim osobistym odczuciu, wagony te chyba niezbyt często goszczą na ulicach miasta. Może ja nie mam do nich szczęścia. W każdym razie podczas kilku wizyt w Gdańsku, NGd99 widywałem zawsze bardzo rzadko. Tym bardziej więc cieszyłem się ze wspólnego zdjęcia z krakowskim NGT6.
Przed dotarciem do zajezdni, dogoniła nas zabytkowa eNka. Znów skorzystaliśmy więc z okazji i postanowiliśmy zrobić sobie wspólne zdjęcie.
Ostatnim elementem przejazdu krakowskim NGT6 po gdańskiej sieci było wykonanie wspólnego zdjęcia wszystkich uczestników przejazdu na tle Bombardiera na pętli "Abrahama".
Bombardier następnie zjechał do zajezdni "Wrzeszcz", a miłośnicy przesiedli się do dwóch historycznych wagonów: Bergmann-a numer 266 i przywróconego do oryginalnego wyglądu 105N - 06205.
Podobnie, jak przed południem w przypadku NGT6, tak i teraz na początek wybraliśmy się na pętlę w Oliwie.
Tu znów się rozpadało, jednak teraz mogliśmy szybko schować się w wagonach. Niestety, deszcz uniemożliwił nam wykonanie kilku fotostopów, jednak impreza trwała dalej. Skierowaliśmy się bowiem do Nowego Portu przez Brzeźno. W międzyczasie burza przeszła, a my mogliśmy zatrzymać się na fotostop na ulicy Gdańskiej, gdzie oba zabytkowe wagony zapozowały w słońcu, na tle ciemnych chmur.
Kolejny fotostop odbył się niewiele dalej. Tym razem Bergmann, w którym akurat podróżowaliśmy, uwieczniliśmy na zdjęciu wraz z przegubowym Mercedesem na ulicy Krasickiego.
Mieliśmy zarówno czas jak i możliwość, więc następny fotostop ogłoszony został bardzo szybko. Byliśmy już praktycznie w Nowym Porcie, a tramwaje zatrzymały się na ulicy Oliwskiej.
Dalszy odcinek przeszliśmy już praktycznie pieszo, focąc nasze dwa zabytkowe tramwaje na ulicach Nowego Portu.
Nowy Port jest dość specyficzną dzielnicą Gdańska, nie mającą jednak zbyt dobrej opinii. Kamienice są tu zniszczone, jednak tutejsza atmosfera ma to coś. W Nowym Porcie znajduje się również jedna z dwóch gdańskich zajezdni tramwajowych. Gdańscy miłośnicy pomyśleli o przyjezdnych kolegach z Krakowa, dzięki czemu mogliśmy wjechać na teren zajezdni i na szybko ją zwiedzić. Poza zabytkową halą, nasze zainteresowanie zwrócił wóz NGd99 - 1001, oczekujący na lawetę, która zabrać go miała na drugi koniec Polski. Producent - Alstom Konstal z Chorzowa miał bowiem usunąć usterkę konstrukcyjną. Przy okazji, rozgorzała dyskusja na temat eksploatacji NGd99 w Gdańsku.
Po krótkiej wizycie w zajezdni "Nowy Port" ruszyliśmy w dalszą wędrówkę po Gdańsku. Nim jednak opuściliśmy na dobre Nowy Port, zatrzymaliśmy się jeszcze na ostatni fotostop w tej dzielnicy, na ulicy Strajku Dokerów.
Z Nowego Portu udaliśmy się do centrum aleją Marynarki Polskiej, podczas pokonywania której znów zatrzymaliśmy się na kilka zdjęć.
Następny fotostop wyznaczony został na Wałach Piastowskich, gdzie nasze tramwaje ustawiły się do zdjęć na tle pomnika Poległych Stoczniowców, przy bramie historycznej Stoczni Gdańskiej.
Przez Wały Jagiellońskie przejechaliśmy bez zatrzymania. Na kolejne zdjęcia stanęliśmy dopiero na ulicy Okopowej, gdzie oba nasze pojazdy zatrzymały się obok siebie.
Z centrum udaliśmy się na wschód. Naszym celem była teraz pętla "Stogi Plaża". Nim jednak tam dotarliśmy, odbyło się kilka kolejnych fotostopów. Pierwszy z nich na pętli "Przeróbka".
Następne na trasie na Stogi.
Gdy dotarliśmy na Stogi, okazało się, że pętla zapełniona jest liniowymi składami. W związku z tym, trochę przymusowo, musieliśmy tu spędzić nieco więcej czasu. Raczej nas ten fakt nie zasmucił, zwłaszcza że dzięki temu chociaż krótką chwilę mogliśmy spędzić na plaży i w końcu zobaczyć morze.
Chyba nie ma innego miasta w Polsce, w którym podczas tramwajowej imprezy można odwiedzić plażę. Byliśmy więc zachwyceni. Trzeba było jednak ruszać w dalszą drogę. Wracając ze Stogów do centrum znów stanęliśmy na kolejne fotostopy.
Po Stogach przyszła kolej na kolejną tego dnia wizytę na pętli "Chełm". Tym razem udaliśmy się tam na pokładzie zabytkowych tramwajów. Koledzy z Gdańska chcieli nam najwyraźniej udowodnić, że stare wagony bez żadnego problemu pokonają spore pochylenia na trasie na Chełm.
Popołudniu, krakowski NGT6 już kursował na linii numer 1, dzięki czemu znów mogliśmy go uwiecznić na zdjęciach.
Z pętli "Chełm" udaliśmy się na ostatni punkt programu, jakim była wizyta na nieużywanej liniowo końcówce "Kliniczna". Przed dotarciem do celu, zatrzymaliśmy się jeszcze na krótki fotostop przy zabudowaniach stoczni.
Na "Klinicznej" spędziliśmy trochę czasu. Był to ostatni punkt programu i stąd zjechaliśmy już bezpośrednio do zajezdni we Wrzeszczu. Po odstawieniu tramwajów, koledzy z Gdańska zaprosili nas na pizzę i piwo do knajpy, położonej tuż obok stacji Gdańsk Oliwa. Tu spędziliśmy czas, jaki pozostał nam do nocnego pociągu, którym udać się mieliśmy do Warszawy.
Aby zająć sobie jak najlepsze miejsca, postanowiliśmy wsiąść do pociągu już w Gdyni. Stąd, pożegnaliśmy się z gdańskimi sympatykami tramwajów nieco wcześniej i wyruszyliśmy na spotkanie z naszą nocną "rzeźnią" na pokładzie jednostki EN57. Jako, że mieliśmy bilety na pierwszą klasę, oczywiście skorzystaliśmy z miejsc w takim przedziale, towarzysząc jakiemuś zmęczonemu życiem kolejarzowi. W Gdyni nasz pociąg pojawił się punktualnie. Pusty przedział znaleźliśmy bez trudu i stosunkowo szybko zasnęliśmy.
Noc w pierwszej klasie minęła nam bardzo spokojnie. Obudziliśmy się tuż przed Warszawą. Ze składu wysiedliśmy na Dworcu Wschodnim. Ponieważ pociąg do Łodzi odjeżdżał dopiero za godzinę, postanowiliśmy poszukać czegoś do jedzenia, a korzystając z ładnej pogody, wyjść również poza dworzec i coś pofocić.
Gdy powróciliśmy na dworzec, nasza jednostka ED74 - 003 stała już podstawiona przy peronie. Rozłożyliśmy się na samym końcu pociągu, w przedziale klasy pierwszej. W niedzielny poranek nie było na szczęście zbyt wielu chętnych na podróż do Łodzi.
Po wielu latach obiecywania, w końcu modernizacji i ogromnych utrudnień dla pasażerów, podróż pociągiem do Łodzi zaczęła powoli przypominać swoją jakością Europę Zachodnią. Jazda jednostką ED74 po wyremontowanej linii z prędkością około 130km/h napawała optymizmem. Szkoda tylko, że taki standard podróży dostępny jest na zaledwie dwóch czy trzech trasach kolejowych w Polsce.
Na Dworcu Łódź Fabryczna zjawiliśmy się punktualnie. Kupiliśmy bilety i mogliśmy ruszać na podbój miasta.
Zwiedzanie rozpoczęliśmy od zaliczenia końcówek, na których dotychczas nie miałem szczęścia być. Najpierw pojechaliśmy więc na Chojny, stamtąd przeszliśmy pieszo na "Śląską", by w końcu wylądować na pętli "Dąbrowa".
Stamtąd udaliśmy się na drugi koniec miasta, by przejechać się pierwszymi, wyremontowanymi odcinkami Łódzkiego Tramwaju Regionalnego i przy okazji pofocić łódzkie nabytki, czyli wagony GT8.
Z Helenówka pojechaliśmy do Zgierza. Na pętlę przy placu Kilińskiego dotarliśmy "na gapę", ponieważ nigdzie nie mogliśmy nabyć biletów. W tramwaju nie było automatów, a motorowy nie posiadał właściwych biletów. Dopiero na pętli znaleźliśmy kiosk, w którym dostępne były bilety.
Ze Zgierza pojechaliśmy na jedną z najbardziej klimatycznych łódzkich pętli czyli słynne "Zdrowie".
Ze "Zdrowia", dzięki krótkiemu sprintowi i abordażowi na pokład autobusu, dotarliśmy dość szybko na pętlę "Wyszyńskiego", gdzie dociera linia numer 10, obsługiwana łódzkimi niskopodłogowymi Bombardierami.
To był ostatni punkt programu. Z "Wyszyńskiego" pojechaliśmy na Dworzec Łódź Kaliska, skąd mieliśmy wyruszyć w kierunku Krakowa. Znów zasiedliśmy w przedziale klasy pierwszej, jednak podróż tym pociągiem sprowadziła nas szybko do realnego poziomu polskiej kolei. Wprawdzie z Łodzi wyjechaliśmy dość szybko, podróżując chociaż przez krótką chwilę zmodernizowaną trasą w kierunku Warszawy. Jednak toczenie się przez Śląsk i Zagłębie szybko przypomniało nam, że jeszcze wiele pozostało do zrobienia, by polska kolej osiągnęła poziom europejski. Niech kwintesencją tego będzie poniższa tablica z nieaktualnym rozkładem jazdy z budynku dworcowego na Łodzi Kaliskiej.
Po trzech dniach i dwóch nocach spędzonych w pociągach, zadowoleni wróciliśmy do Krakowa. Cała wycieczka udała się wyśmienicie. W szczególności miło wspominać będziemy sposób, w jaki ugościli nas koledzy miłośnicy z Gdańska. Impreza NGT6, mimo że krótka, a potem przejazd Bergmann-em i zabytkowym 105Na, pozostaną nam w pamięci na długo.
I nawet teraz, gdy dopiero niemal po roku znalazłem czas, by napisać relację z naszego szalonego weekendu, znów bym się wybrał w taką podróż.

