Wydarzenia
Zimowy wyjazd na Dolny Śląsk - 15-17.02.2008
- Kategoria: Wydarzenia
- Opublikowano: sobota, 24, marzec 2018 12:00
- PSMKMS
- Odsłony: 1107
Uczniowie podstawówek, gimnazjów i szkół średnich co roku mają ferie zimowe. Tego samego nie mogą już powiedzieć studenci. Wprawdzie na niektórych uczelniach występuje zimowa przerwa w nauce, jednak i tak przeważnie trzeba ją poświęcić na naukę do egzaminów poprawkowych. W tym roku jednak wraz z kolegami postanowiliśmy zmienić taki stan rzeczy.
Chcieliśmy się gdzieś przejechać w Polskę na kilka dni. Potrzebny był do tego jakiś pretekst. Tu z pomocą przyszła jedna ze znanych Galerii Transportowych, która postanowiła przygotować imprezę pożegnalną Ikarusów 280 w Jeleniej Górze. W mieście tym wciąż eksploatowane są dwa węgierskie Ikarusy i najprawdopodobniej rok 2008 będzie ostatnim ich pracy w Jeleniej Górze. Skoro mieliśmy już powód, dla którego warto wybrać się na drugi koniec Polski, trzeba było wymyślić odpowiednie atrakcje na pozostałe dni wycieczki. Z tym mieliśmy jednak najmniejszy problem. W piątek - dzień poprzedzający imprezę, zdecydowaliśmy się pojechać na zdjęcia do Wrocławia. Z kolei w niedzielę, dzień po imprezie, planowaliśmy bardzo okrężną drogą powrócić do Krakowa. Nie pozostało już nic innego jak skompletować ekipę i ruszać w Polskę...
W piątkowy poranek, 15 lutego, wraz z Szubakiem i Wiroosem zameldowaliśmy się w jednym z przedziałów pociągu TLK "Barbakan". Poza dwójką kolegów, wieczorem już w Jeleniej Górze miał do nas dołączyć Autocom, jednak ze względu na pracę, mógł wyjechać z Krakowa dopiero po południu. My tymczasem wyruszaliśmy wcześnie rano, by jak najwięcej czasu spędzić we Wrocławiu.
Droga do Katowic upłynęła nam bardzo spokojnie. W stolicy Górnego Śląska zjawiliśmy się nawet kilka minut przed czasem. Postanowiliśmy więc skorzystać z wydłużonego postoju i ruszyć do dworcowych sklepików po zaopatrzenie. Niemal natychmiast po wyjściu z pociągu naszą uwagę zwróciło przejście podziemne, zagrodzone biało-czerwoną taśmą. Ludzie, spieszący się na pociąg, nic nie robili sobie z tej przeszkody, więc i my postanowiliśmy skorzystać z przejścia, które znajdowało się najbliżej naszego wagonu. Na dole, przy schodach, stała sobie tymczasem jedna ze sprzątaczek i zdegustowana spoglądała na męczących się z taśmą podróżnych. Po chwili zrobiliśmy zakupy i powróciliśmy do przedziału. Szybko okazało się, że uczyniliśmy to w samą porę. Kilka sekund później na peronie zjawiła się bowiem druga sprzątaczka i w sposób zdecydowanie nieparlamentarny zaczęła strofować podróżnych, spieszących się na pociąg. Obserwując całą sytuację, mogliśmy spokojnie zapoznać się z całą gamą wszelkich możliwych przekleństw, których nie powstydziłby się najgorszy menel spod budki z piwem. Sprzątaczka tymczasem krzyczała na ludzi, będących klientami kolei. Co więcej, gdy któryś z podróżnych postanowił dorównać bluzgom pracownicy kolei, ta postanowiła wezwać... ochronę. Dwie ochroniarki zjawiły się na peronie niczym błyskawica, ciekawe czy do kieszonkowców lub graficiarzy pędzą z podobnym zapałem. Mimo przejścia wzdłuż całego pociągu, sprzątaczce nie udało się w końcu odnaleźć tego na tyle bezczelnego pasażera, który śmiał zwrócić uwagę na jej zachowanie. Za to my normalnie ryczeliśmy ze śmiechu. Katowice - miasto, które chce gościć mecze EURO 2012... ciekawe czy kibiców za kilka lat na katowickim peronie przywitają te same sprzątaczki?? Na pewno będą musiały nauczyć się przekleństw w innych językach. No ale może chociaż do tego czasu uda im się wysprzątać te posadzki i przede wszystkim uruchomić niedziałające od wieków ruchome schody.
Z dobrymi humorami ruszyliśmy w dalszą drogę. Do Wrocławia dotarliśmy o dziwo planowo, a po drodze jeszcze bardziej rozbawił nas konduktor InterCity. Tu jednak powstrzymam się od szczegółów.
Zanim ruszyliśmy w miasto, trzeba było załatwić kilka spraw na dworcu. Bez problemów udało nam się zakupić bilety na dalszą drogę. Nieco dłużej trwał wybór automatycznej przechowalni bagażu. Niestety, nie udało nam się zmieścić do mniejszej skrzynki. Najgorzej poszło nam jednak z zakupem biletów dziennych. Wrocław pod tym względem zdecydowanie wyróżnia się na tle całego kraju. Ciężko bowiem znaleźć inne miasto, w którym bilet dzienny, ważny jest od chwili zakupu do końca dnia. Czyli nie można dzień wcześniej kupić sobie biletu, bo straci on ważność o północy. Oczywiście, co lepsi bywalcy Wrocławia zaraz stwierdzą, że przecież niemal wszędzie zamontowane są automaty do biletów. Cóż z tego, skoro nie działają, a jeśli nawet są sprawne, to przeważnie nie wydają reszty. I jak tu kupić bilet za 4,50 jeśli ma się w portfelu monetę pięciozłotową?? Na szczęście, przy dworcu udało nam się odnaleźć budę, w której sprzedawano bilety. Dzięki temu, przed jedenastą mogliśmy ruszyć w miasto.
Pogoda od rana dopisywała, więc liczyliśmy, że uda nam się zrobić sporo ładnych fotek. Pierwszą pętlą, do której postanowiliśmy dotrzeć, było Księże Małe. Wsiedliśmy więc w tramwaj, który zawieść nas miał na plac Wróblewskiego. Niestety, daleko nie ujechaliśmy, gdyż już za zakrętem, stanęliśmy w korku na ulicy Pułaskiego. Do celu udało nam się dotrzeć po kilkudziesięciu minutach. Tam błyskawicznie przesiedliśmy się do stodwójki, która stała na przystanku w przeciwnym kierunku i po chwili pędziliśmy na Księże Małe. Jednocześnie uświadomiliśmy sobie, że aby pobujać się w stodwójce, trzeba jechać aż do Wrocławia. W Krakowie nie dość, że od dawna nie ma tego typu wagonów w ruchu liniowym, to jeszcze coraz trudniej spotkać zdezelowane torowisko. A już tramwaj jadący po zniszczonych torach z prędkością znacznie przekraczającą "rozsądny poziom", to już w ogóle rzecz niespotykana. Ludźmi bujało na boki, a my delektowaliśmy się jazdą stodwójką. W końcu dotarliśmy do celu naszej podróży. Po wyjściu z tramwaju okazało się, że był to pociąg rezerwowy. Motorniczy roztablicował stodwójkę, po czym udał się z powrotem do centrum miasta.
Na Księżu Małym spędziliśmy trochę czasu, usiłując coś sfocić, jednak nic nie chciało nadjechać. Kolejnym punktem naszego programu we Wrocławiu miała być pętla Tarnogaj. Jako, że znajduje się ona blisko Księża Małego, już wcześniej zaplanowaliśmy sobie piesze przejście z jednej końcówki na drugą, tym bardziej że obu pętli nie łączy żaden bezpośredni autobus. Zjechaliśmy więc jednym z tramwajów dwa przystanki do skrzyżowania Opolskiej i Karwińskiej. Tu jeszcze udało nam się złapać skład stozłomek na linii numer 5, po czym ruszyliśmy pieszo w kierunku Tarnogaju.
Po ulicy Karwińskiej jeżdżą już autobusy, którymi dotrzeć można na Tarnogaj. My chcieliśmy je... sfocić. Piesza wędrówka nie zajęła nam zbyt wiele czasu. Z autobusów, udało nam się złapać Volvo na linii 114, jednak zdjęcie wyszło takie sobie. Za to przystanek przed pętlą wskoczyliśmy do Jelcza na linii 125, w rezultacie czego ostatnie brakujące 200 metrów pokonaliśmy na jego pokładzie. Na pętli przywitał nas natomiast Jelcz M101I numer 4001 na linii 100.
Na Tarnogaju sfociliśmy jeszcze skład stozłomek, po czym wsiedliśmy w tramwaj linii 15 i postanowiliśmy udać się na drugi koniec miasta, a konkretnie do pętli Marino. Tu spędziliśmy znacznie więcej czasu, niż na dwóch poprzednich końcówka. Pogoda bowiem dopisywała i tramwaje również. Poza stozłomkami i Skodami, złapaliśmy również skład kartofli.
W drodze powrotnej z Marino, wysiedliśmy jeszcze na chwilę w rejonie przejazdu kolejowego na ulicy Żmigrodzkiej. Niestety, z ładnym plenerem nie chciało tym razem współpracować słońce, które schowało się za chmury. Zdegustowani wsiedliśmy do niskopodłogowej Skody które zawsze wzbudzają w nas lekkie politowanie. Mniejsza już o wygląd, ale funkcjonalność wnętrza... Na pokładzie Skody dotarliśmy do centrum na ulicę Nowy Świat. Słońce akurat wyszło, więc zdecydowaliśmy się zatrzymać tu na dłuższą chwilę i co nieco pofocić.
Z Nowego Świata pojechaliśmy na Zachód, na ulicę Legnicką. Tu wykonaliśmy kolejne fotki.
Potem dotarliśmy jeszcze na pętlę przy ulicy Robotniczej. Pogoda zaczęła się jednak na tyle psuć, że postanowiliśmy wrócić do centrum i coś zjeść. Niestety, poszukiwanie taniej i dobrej pizzerii zajęło nam trochę czasu, mimo to było warto. Zadowoleni i najedzeni ruszyliśmy w kierunku dworca kolejowego. Przed godziną piątą odjeżdżać miał pociąg osobowy w kierunku Zebrzydowej, gdzie planowaliśmy się przesiąść na szynobus do Jeleniej Góry. Wprawdzie znacznie krótsza trasa prowadzi przez Wałbrzych, jednak stan torowiska na tamtejszej linii kolejowej woła o pomstę do nieba, a my jednocześnie chcieliśmy sobie zaliczyć trasę z Zebrzydowej do Lwówka Śląskiego, na której pod koniec ubiegłego roku po kilku latach przerwy wznowiono ruch pociągów pasażerskich.
Do odjazdu pozostało jeszcze sporo czasu, więc spokojnie szliśmy na peron numer 4, z którego odjeżdżać miał nas pociąg. Po wyjściu z przejścia podziemnego, na górze przywitał nas dziki tłum ludzi. Cóż, piątek... W cichej nadziei przeszła nam jeszcze przez głowy myśl, że ludzie ci wsiądą do jadącego nieco wcześniej pociągu pospiesznego. I rzeczywiście, część z nich wsiadła, jednak sporo osób zostało na peronie. Kilka minut przed odjazdem zapowiedziano pociąg. Szczelna ściana ludzi przykleiła się do krawędzi peronu, jednoznacznie wskazując że mamy do czynienia ze stałymi pasażerami i podobne sceny odbywają się tu co tydzień (a może i codziennie??). Nas tymczasem ogarnęła wizja 3 godzin stania w pociągu.
Konduktor naszego składu przeszedł sobie po wąskiej krawędzi peronu, oddzielonej od reszty białą linią, jednocześnie odsuwając nieco szpaler ludzi od wjeżdżającego pociągu. Pojedyncza jednostka EN71 momentalnie wyjaśniła wcześniejsze zachowanie się pasażerów. Cóż, ale my nie złożyliśmy broni. Zaprawieni w bojach o miejsce siedzące w pociągach PKP, jadący już nie jeden raz przez całą Polskę w zapchanych do granic możliwości składach, postanowiliśmy zdobyć całą czwórkę do siedzenia. No i udało się nam!!
Zadowoleni i niemal planowo, wyruszyliśmy z Wrocławia. Kiblem jechało się jak to kiblem, ale przynajmniej dość szybko. Linia kolejowa, którą się przemieszczaliśmy, została bowiem niedawno wyremontowana. Byliśmy już daleko za Wrocławiem, gdy w naszej jednostce chyba coś zaczęło się psuć. Za którymś z przystanków, w kiblu coś huknęło po czym EN71 zatrzymała się gdzieś w polu. Chwilę później przez pociąg przetoczył się mechanik z korbą. Pogrzebał coś w szafie elektrycznej, po czym ruszyliśmy dalej. Wprawdzie w naszym przedziale nie było normalnego światła (działały tylko żarówki awaryjne), ale cieszyliśmy się, że jedziemy. Potem jeszcze nasz kibel zatrzymywał się w polu dwa razy, a my z każdą minutą zaczynaliśmy mieć coraz większe obawy o przesiadkę.
Oczywiście, zgłosiliśmy obsłudze pociągu chęć przesiadki w Zebrzydowej i prośbę o przytrzymanie szynobusu, jednak znając realia naszej kolei, bardziej uwierzyłbym komuś, kto powiedziałby mi, że za tydzień będzie koniec świata, niż konduktorowi Przewozów Regionalnych, który zapewniłby mnie, że pociąg skomunikowany z naszym na pewno będzie czekał.
Tym razem jednak się udało. W Zebrzydowej wjechaliśmy oczywiście na inny peron, niż ten z którego odjeżdżać miał pociąg do Jeleniej Góry. Dzięki temu jednak, mogliśmy odbyć szybki trucht z plecakami przez przejście pomiędzy peronami, przy okazji poznając dwóch młodych tubylców, którzy w niezbyt cenzuralnych słowach wyrazili zadowolenie, że tym razem pociąg nie odjechał, czekając na spóźniony osobowy z Wrocławia.
Bardzo zadowoleni i jednocześnie nieco zdyszani, zasiedliśmy w szynobusie SA106 - 011, który po minucie stania wyruszył powoli w kierunku Jeleniej Góry. W środku pojazdu liczba kolejarzy zdecydowanie przewyższała frekwencję pasażerów, co jednak pozwala spokojnie patrzeć w przyszłość na utrzymanie tego połączenia. Mimo powolnego tempa, do Jeleniej Góry dotarliśmy planowo.
Po opuszczeniu dworca, skierowaliśmy się do schroniska młodzieżowego, usytuowanego przy ulicy Bartka Zwycięscy. Wchodząc do tego znakomitego obiekty, zastanawialiśmy się, że ów Bartek Zwycięzca nie był przypadkiem pierwszym klientem tego schroniska, który przeżył w nim noc. Mimo żab pod damskimi prysznicami oraz "zimnej śluzy" prowadzącej do łazienki, jakoś udało nam się tu jednak przetrwać zarówno pierwszą jak i drugą noc. W każdym razie wrażenia bezcenne!!
Tak minął pierwszy dzień naszego feryjnego wyjazdu. Sobota, 16 lutego, miała być niewątpliwie kulminacyjnym punktem wycieczki i chyba rzeczywiście taka była. Niestety jednak nie w taki sposób, w jaki byśmy sobie tego życzyli, ale po kolei.
Na sobotę zaplanowano imprezę pożegnalną Ikarusów 280 w Jeleniej Górze. Znając planowaną trasę przejazdu oraz przepiękne krajobrazy okolic Jeleniej Góry, spodziewaliśmy się fantastycznej imprezy. Również renoma galerii, której kierownictwo organizowało przejazd, dawało nam jako takie podstawy do myślenia, że po to jechaliśmy przez pół Polski, by wziąć udział w czymś znakomitym. Niestety, pomyliliśmy się.
W sobotni poranek wstałem najwcześniej z kolegów. Impreza miała rozpocząć się dopiero o godzinie 10 rano, więc do tego czasu chciałem się jeszcze przejść na dworzec kolejowy, bo coś pofocić. Pogoda niestety nie zachęcała do robienia zdjęć.
Z głową pełną obaw o pogodę powróciłem do schroniska. Koledzy powoli wstawali i razem zabraliśmy się do jedzenia śniadania. W międzyczasie humory poprawił nam widok przez okno. Zza chmur wychodziło bowiem słońce.
Po godzinie 9 wyszliśmy ze schroniska i mając godzinę czasu do rozpoczęcia imprezy, postanowiliśmy się nieco przejść po mieście. Jelenia Góra jest jednym z najpiękniejszych i niestety wciąż niedocenianych polskich miast. W centrum, bez końca spacerować można po wąziutkich uliczkach, otoczonych wspaniałymi i przede wszystkim zadbanymi, kamienicami. Najciekawsze w tym wszystkim jest jednak to, że jeszcze pół wieku temu, po tych uliczkach kursowały tramwaje. Ślady ich bytności, można w Jeleniej Górze spotkać właściwie na każdym kroku. Po latach, do miasta powróciły trzy wagony tramwajowe. Dawna zajezdnia wciąż stoi i mimo że nie pełni już swojej funkcji, trzyma się całkiem nieźle. Na rynku odnaleźć można fragment torowiska, a na kamienicach wciąż wiszą rozety, które kiedyś podtrzymywały sieć trakcyjną.
Pierwsze swoje kroki skierowaliśmy na ulicę 1-go Maja czyli główny trakt w centrum miasta. Tu zaopatrzyliśmy się w prowiant na cały dzień, po czym udaliśmy się na rynek w Jeleniej Górze, gdzie naszym oczom ukazała się eNka.
Godzina 10:00 powoli się zbliżała więc i my skierowaliśmy się pod dworzec kolejowy, gdzie impreza miała się rozpocząć. Już z daleka zauważyliśmy tłumek miłośników oczekujących na autobus, więc ucieszyliśmy się, że jesteśmy we właściwym miejscu o właściwej porze. Wszyscy czekali na autobus przy budynku dworca, my przeszliśmy na drugą stronę ulicy, by tu sfotografować Ikarusa, którego przyjazdu niebawem się spodziewaliśmy. Minęła dziesiąta, a Ikarusa nie było. Pojawił się dopiero jakieś dziesięć minut później.
Tłumek miłośników szybko zajął miejsca w Ikarusie, jednak nie dane nam było ruszyć. Pod dworcem postaliśmy jeszcze kilka minut, następnie podjechaliśmy pod dworzec PKS, gdzie znowu odstaliśmy trochę, by na koniec powrócić pod dworzec kolejowy i zaliczyć trzeci już, kilkuminutowy postój. Odsuwający się powoli w nieokreśloną przyszłość moment rozpoczęcia imprezy, zaczął nas powoli denerwować, ale siedzieliśmy grzecznie oczekując na dalszy ciąg wydarzeń.
Po jakiś 40 minutach od planowanego rozpoczęcia imprezy, w końcu ruszyliśmy w trasę. Ucieszyliśmy się, gdyż pogoda była kapitalna i po prostu zachęcała do robienia zdjęć. Jakie było więc nasze zdziwienie, gdy nasz Ikarus dotarł do... zajezdni przy ulicy Wolności. Nieco rozbici wysiedliśmy z autobusu. Zaganiani przez organizatorów, którzy początkowo nie pozwalali odejść od grupy na odległość większą niż 5 metrów, staliśmy jak barany i czekając na polecenia. Po chwili zarządzono zwiedzanie zajezdni.
Pierwszym obiektem, który mieliśmy oglądnąć, był budynek administracji. W jednej z sal znajduje się bowiem coś w rodzaju mini muzeum komunikacyjnego. Można w nim znaleźć wiele pamiątek, szczególnie dotyczących jeleniogórskich tramwajów, a także cały szereg modeli pojazdów eksploatowanych kiedyś bądź obecnie w mieście.
Salkę oglądnąłem z dużym zainteresowaniem, mimo że niespełna pół roku wcześniej już ją zwiedzałem. No dobra, ale my przyjechaliśmy tu na imprezę komunikacyjną, a nie na zwiedzanie zajezdni. Tymczasem, po wyjściu z budynku, rozpoczęliśmy spacer pomiędzy halami. W jednej z nich odnaleźliśmy drugiego jeleniogórskiego Ikarusa numer 697.
Poza Ikarusem, zobaczyliśmy jeszcze bus-a, wykorzystywanego na liniach autobusowych w Jeleniej Górze. Po zwiedzeniu hal, przyszedł czas na plac postojowy.
Łażąc chwilę po placu, szybko dostrzegliśmy rząd autobusów, które stały z wtyczkami podłączonymi do nich z tyłu. Szybko okazało się, że w ten sposób ładowane są akumulatory. Nie wiem, co się takiego dzieje w Jeleniej Górze, ale w Krakowie takich problemów nie mamy...
Lekko zaniepokojeni o dalszy rozwój imprezy, powoli zaczęliśmy wracać do Ikarusa. Dochodziła godzina 11:30.
W końcu wszyscy uczestnicy imprezy powrócili do autobusu i mogliśmy ruszać dalej. Z zadowoleniem przyjęliśmy informację, że właśnie kierujemy się do miejsca pierwszego fotostopu. I rzeczywiście, kilka minut później zajechaliśmy na pętlę Jelchem. Tu zatrzymaliśmy się na pierwszego tego dnia zdjęcia, równo 1 godzinę i 47 minut po planowanym rozpoczęciu imprezy. To chyba mistrzostwo świata!!
Fotostop nawet całkiem się udał. Miejsce było nieźle dobrane. Niezbyt wielu uczestników wchodziło w kadr, a opornych szybko doprowadzono do stanu posłuszeństwa poprzez użycie kilku przekleństw. Z nadzieją podążyliśmy więc na miejsce kolejnego fotostopu, który wyznaczony został na pętli przy ulicy Marcinka. Tu jednak ustawienie autobusu było już zdecydowanie gorsze od pierwszego fotostopu. Za to szybko okazało się, po co właściwie tu przyjechaliśmy. W pobliżu był bowiem sklep, a wiadomo że niektórzy bez piwa na imprezie komunikacyjnej nie przeżyją pięciu minut. Cóż, kolejne 20 minut ładnej pogody zostało zmarnowane.
Powiedzmy jednak, że byliśmy wyrozumiali dla organizatorów. Nie każdy robi bowiem takie zajebiste imprezy, jak my w Krakowie. Nie no dobra, chwalę się niepotrzebnie, ale po tych dwóch godzinach zaczęliśmy się coraz bardziej zastanawiać, co my właściwie robimy w tym Ikarusie.
Po zrobieniu przez wszystkich zakupów, w końcu ruszyliśmy dalej. Nasz Ikarus zaczął opuszczać Jelenią Górę i powoli kierować się na południe. Naszym oczom co chwilę pokazywały się coraz piękniejsze krajobrazy, na tle których nasz autobus wyglądałby kapitalnie. Nie dane nam było się zatrzymać. Bez postoju przejechaliśmy przez niesamowicie klimatyczną Sosnówkę Dolną. Na otarcie łez pozostało nam jedynie zrobienie fotki przez szybę w Ikarusie.
Rozumiem, że nie wszędzie można zatrzymać się autobusem, zwłaszcza przegubowym, ale organizatorzy najwyraźniej nie postanowili nawet zrobić objazdu samochodem przed imprezą, by przygotować najlepsze miejsca na fotostopy. Brak przygotowania dawał coraz bardziej znać o sobie. Po westchnieniach pasażerów, którzy podziwiali widoki mijane przez nas cały czas i coraz głośniejszych pretensjach kierowanych ku przodowi autobusu, w końcu zarządzony został fotostop. Co tu dużo mówić, w takim sobie miejscu.
Następne miejsce na zdjęcia wyznaczone zostało kawałek dalej. Zatrzymaliśmy się na skrzyżowaniu w Sosnówce Górnej. Tła może jakiegoś rewelacyjnego nie było, ale za to przynajmniej autobus był jako tako oświetlony.
Po chwili jeden z organizatorów pogadał z kierowcą, ten odpalił Ikarusa, zaczął cofać i w końcu zatoczył koło na skrzyżowaniu. Część uczestników imprezy zaczęła klaskać. My, czyli nasza czwórka z Krakowa, poczuliśmy tymczasem, że chyba nie rozumiemy o co biega. Wszyscy chwalili bowiem kierowcę, który właściwie nie dokonał niczego szczególnego. Co to bowiem za problem zawrócić Ikarusem na dużym placu? No może poza faktem, że kierowca cofając zmniejszył sobie promień skrętu, utrudniając jednocześnie zadanie. Widać, że wiele osób nie było na naszych imprezach, gdzie cofaliśmy Ikarusem po 200 metrów, czy zawracaliśmy w miejscach, w których pojazdy dwunastometrowe mają z tym poważne problemy.
Zakończyliśmy fotostop i ruszyliśmy dalej. Znów pędziliśmy Ikarusem nie zwracając uwagi na ewentualne miejsca do zdjęć. Droga powoli wchodziła do coraz gęstszego lasu. Po chwili zjechaliśmy na jakiś boczny trakt, na którym zalegał śnieg. Kilka minut później byliśmy na pętli w Przesiece.
W tym miejscu muszę przyznać, że mimo braku odpowiedniego światełka, fotostop w lasku był wyjątkowym pomysłem. Ikarus w środku lasu robił bowiem niesamowite wrażenie. Jak na złość jednak, nie zabawiliśmy tu zbyt długo. Z Przesieki zjechaliśmy do Podgórzyna, gdzie znajduje się jedna ze sprowadzonych kilka lat temu eNek. Liczyliśmy, że uda się zrobić wspólny fotostop tramwaju i autobusu, tym bardziej że pod wagonem znajduje się pętla autobusowa. Niestety, przeliczyliśmy się...
Właściwie to już od dawna nie powinniśmy mieć żadnych złudzeń, ale do końca liczyliśmy że coś się zmieni. Zdegustowani powróciliśmy do autobusu, który skierował się do miejscowości Zachełmie. Z obojętnością mijaliśmy kolejne ładne plenerki. I nagle organizatorzy nas zachwycili, wyznaczony został fotostop!! Wysiadamy zadowoleni, ale co to?? Autobus stanął tuż obok kolorowych koszy na śmieci. Jedyną deską ratunku okazał się być Jelcz na linii 4, który zaraz nadjechał. Dzięki temu mogliśmy sfotografować dwa autobusy obok siebie.
Po zrobieniu zdjęć ktoś nagle rzucił hasło, by ustawić się wzdłuż trasy i zrobić najazd. Pomysł szybko poparliśmy i zaraz pobiegliśmy szukać najlepszych miejscówek. Większość wycieczki poszła dalej, wybierając zacienione miejsce. My stanęliśmy niżej, mając za tło domki i drzewa. Chwilę później z dołu zaczął nadciągać Ikarus. Już mieliśmy nadzieję, że oto robimy najlepsze zdjęcie imprezy, że może nie wszystko stracone i że coś nam pozostanie z pobytu w Jeleniej Górze. Zwątpiliśmy, gdy zauważyliśmy że z okien Ikarusa wystaje... pomarańczowa kamizelka. Nie wiem, czy to był organizator, czy może jakiś niesubordynowany uczestnik, jednak dotychczas wydawało mi się, że machanie pomarańczową kamizelką stosuje się tylko wtedy, gdy ma się do czynienia z ludźmi, którzy chcą pasożytować na uczestnikach przejazdu, nie płacić za udział w imprezie, robić zdjęcia i gonić pojazd przy pomocy samochodu. Nie spotkaliśmy się z sytuacją, że kamizelką macha się do uczestników imprezy, którzy nie dość że opłacili swój udział, to jeszcze grzecznie stosują się do wszystkich poleceń. Ciężko opisać to, co poczuliśmy w tamtej chwili...
Cóż, w tym momencie byliśmy pewni, że już nigdy więcej nie wybierzemy się na żadną imprezę organizowaną przez tę Galerię Transportową. Skoro bowiem mamy mieć na zdjęciach autobus z pomarańczowymi szmatami, to wolimy przynajmniej sfotografować go w ładnych miejscach i nie płacić 20 złotych za byle g...
Bardzo zdenerwowani powoli powróciliśmy do Ikarusa, który stanął kawałek dalej. Do pętli w Zachełmiu dotarliśmy dość szybko. To nie miało już dla nas jednak większego znaczenia. Chcieliśmy bowiem, żeby ta beznadziejna impreza skończyła się jak najszybciej.
Z Zachełmia bez postojów wróciliśmy do obrzeża Jeleniej Góry. Tam skręciliśmy na Piechowice, gdzie odbył się kolejny fotostop.
Z Piechowic, jak się później dowiedzieliśmy, skierowaliśmy się do dzielnicy Jagniątków, która nie wiedzieć czemu, należy do Jeleniej Góry. Jechaliśmy sobie po serpentynach przez las, gdy zaskoczył nas... tunel wykuty w skale. Organizatorzy najwyraźniej również nie mieli o nim pojęcia, gdyż niespodziewanie nagle zarządzony został fotostop. Tunel w skale był bardzo ciasny, a samochody nadjeżdżały z obu stron w zasadzie bez przerwy. W Krakowie organizatorzy ubraliby kamizelki odblaskowe (tak!! do tego się kamizelek używa, a nie do machania uczestnikom przejazdu przed nosem!!) i zajęli się zabezpieczaniem ruchu, tak aby zminimalizować utrudnienia dla kierowców innych pojazdów i jednocześnie zapewnić maksymalne bezpieczeństwo uczestników przejazdu. Jak nie trudno się domyślić, na tej imprezie było dokładnie na odwrót.
Uczestnicy wybiegli z autobusu i skierowali się za tunel. Zanim jednak zajęli miejsca, kierowca Ikarusa, zapewne naciskany przez kierowców innych samochodów, którzy zaczęli używać klaksonów, ruszył do przodu. Imprezowicze nie zdążyli zająć odpowiednich miejsc, więc stanęli na środku jezdni, dokładnie blokując przejazd. Autobus, zamiast ustawić się po prawej stronie drogi, która zresztą była bardzo ładnie oświetlona, przejechał na lewo. Dzięki temu, po prawej zrobiło się miejsce, które postanowił wykorzystać jeden z samochodów osobowych. Zdenerwowany kierowca podjechał pod szpaler fotografujących i chciał aby go przepuścić. Tymczasem uczestnicy przejazdu, z organizatorami na czele, nie dość że nie mieli najmniejszej ochoty tego czynić, to jeszcze zaczęli prowokować kierowcę i pasażerów samochodu. Doszło do słownych przepychanek, które szybko zamieniły się w wymianę ciosów. Ci, którzy wcześniej nic nie pili lub pili bardzo mało, bardzo szybko zrozumieli, że nie mają ochoty przypadkowo oberwać od ludzi, których ciosy w pewnym momencie skierowane były we wszystkie możliwe strony bez jakiejkolwiek kontroli. Nie wiem jak inny, ale ja w tym momencie poczułem, że moje bezpieczeństwo na tej imprezie jest poważnie zagrożone. Nie miałem bowiem najmniejszej ochoty oberwać od kogokolwiek, ani mieć później problemów z policją. Chwała pasażerce samochodu, która w końcu rozdzieliła walczące strony. Samochód odjechał, a część uczestników imprezy z organizatorem na czele ogłosiła zwycięstwo. My poczuliśmy jedno wielkie zażenowanie. Przepraszam, ale nie po to jadę na imprezę komunikacyjną, by oglądać mordobicie, a organizator czyli człowiek odpowiedzialny za to, by nic mi się nie stało podczas przejazdu, jest jednym z prowodyrów bójki. O czym my w ogóle mówimy?? Co to za poziom?? Żeby kulminacyjnym momentem imprezy była wymiana ciosów gdzieś w lesie?! Już pomijając to, że na miejscu tego kierowcy samochodu zadzwoniłbym na policję i zgłosił napaść na własną osobę. Czy nie da się bowiem pogodzić interesów miłośników chcących sfotografować swój pojazd w fajnym miejscu i innych użytkowników dróg, którzy szybko i bez zbędnych postojów chcą dotrzeć do celu?? Oczywiście, że się da!! Udowodniliśmy to dziesiątki razy podczas naszych imprez w Krakowie!! No ale do tego trzeba mieć zdrowy rozsądek. A poza tym być trzeźwym...
Oszołomieni wydarzeniami ostatnich minut, dotarliśmy na parking w Jagniątkowie. Jak dowiedzieliśmy się po chwili, tu zaplanowany został grill. Widząc jednak wielkość grilla jak i liczbę kłębiących się wokół niego ludzi, doszliśmy do wniosku, że zdecydowanie lepszym rozwiązaniem będzie zjedzenie kiełbasy... na surowo. Przy okazji dotrzymaliśmy towarzystwa kierowcy, który pozostawiony został sam w autobusie. W Krakowie oczywiście nigdy by do czegoś takiego nie doszło.
Kulminacyjny punkt wycieczki mieliśmy już za sobą, pseudogrilla również, więc można było wracać do Jeleniej Góry. Bez żalu spędziliśmy te ostatnie minuty na tej beznadziejnej imprezie. Gdzieś w Jeleniej Górze odbył się jeszcze jeden fotostop, ale był tak samo bez sensu, jak większość wcześniejszych, więc nawet nie chciało mi się starać zapamiętać jego miejsca, tym bardziej, że nawet nie wychodziłem z autobusu. Pod dworcem opuściliśmy Ikarusa, ciesząc się że jesteśmy cali i zdrowi i nikt nie przyłożył nam pięścią.
W planach był jeszcze przejazd po północno-zachodnich obrzeżach Jeleniej Góry, ale może to lepiej, że nie udało nam się zajechać do Goduszyna, Rybnicy, Siedlęcina czy Wrzeszczyna. Jeszcze byśmy od kogoś oberwali niepotrzebnie...
Najgorszy dzień naszego wyjazdu, razem z "punktem kulminacyjnym", mieliśmy już za sobą, więc teraz mogło być tylko lepiej. W niedzielę 17 lutego zaplanowaliśmy sobie powrót do Krakowa, oczywiście możliwe najbardziej zakręconą drogą. Kolega Wiroos postanowił sobie nieco umilić tę podróż i pojechał jeszcze na zdjęcia do Wałbrzycha i Wrocławia. My skierowaliśmy się w zupełnie przeciwną stronę. Tuż przed godziną 6:00 rano zjawiliśmy się na dworcu w Jeleniej Górze. Nasz kibel do Węglińca już oczekiwał na odjazd. Wcześniej sfociliśmy jeszcze pociąg pospieszny do Szklarskiej Poręby.
W kibelku, jak to w kibelku, może nie było za wygodnie, ale nie przeszkadzało nam to zbytnio. Rafał poszedł spać, a ja zabrałem się za jedzenie śniadania. Po chwili nadeszła konduktorka, której nawet nie zdziwił nasz bilet z Jeleniej Góry do Krakowa Głównego przez Węgliniec, Żary, Zieloną Górę, Głogów, Leszno, Wrocław i Katowice. Tak dotarliśmy do Gryfowa Śląskiego, gdzie mieliśmy mieć planową mijankę z pociągiem z przeciwka.
Z Gryfowa było już blisko do Węglińca. Pół roku temu odwiedziłem tę stację po raz pierwszy i od tego czasu wprost ją uwielbiam. Nie tylko za piękny budynek, nieustanny ruch SU46 i ST43 przemieszczających się po stacji, ale za cały klimat tego miejsca.
Na przesiadkę mieliśmy kilkadziesiąt minut. W końcu od strony Żar nadjechał nasz szynobus.
Dość szybko zauważyliśmy, że wielkość pojazdu jest niewspółmiernie wielka w stosunku do frekwencji pasażerów. Mogliśmy więc bardzo wygodnie delektować się mijanym krajobrazem. W ten sposób dotarliśmy do Żar, a potem do Zielonej Góry. Tu z kolei zaplanowaliśmy sobie mały postój i przerwę na posiłek. Od razu skierowaliśmy się do knajpki znajdującej się w pobliżu dworca. Zamówiliśmy po porcji placków ziemniaczanych, jednak ze względu na zbliżającą się porę odjazdu, moją porcję udało mi się zjeść dopiero w pociągu. A i ze znalezieniem naszego składu mieliśmy mały problem. Przychodzimy na dworzec, wychodzimy na peron, a pociągu nie ma, mimo że odjazd za 5 minut. Już chcemy pójść robić awanturę i w ogóle, ale w końcu dostrzegliśmy strzałkę pokazująca kierunek dojścia na peron, z którego miał odjeżdżać nasz skład. I rzeczywiście, w oddali stała sobie lokomotywa SU45 z dwoma wagonami. Szybko pobiegliśmy w jej kierunku, zajmując sobie ostatnie wolne miejsca. I tak kolejny etap podróży minął nam powoli ale całkiem przyjemnie. Po wjechaniu na trasę Głogów - Leszno nasz skład jeszcze bardziej zwolnił. Kierownik pociągu na pytanie jednej z pasażerek, dlaczego tak wolno jedziemy, stwierdził że to ze względu na fakt przejazdu przez rezerwat przyrody. Po tej odpowiedzi przez wagon przetoczyła się salwa naszego śmiechu. W Lesznie zjawiliśmy się punktualnie. Mając znów nieco większą przerwę, postanowiliśmy coś zjeść i trochę pofocić.
W Lesznie mieliśmy się przesiąść po raz ostatni. Pociąg "Krakowianka", którego opinia wśród pasażerów jest tak beznadziejna, że można by ją było rozdzielić na kilka innych normalnych pociągów, nie napawał nas optymizmem. Praktycznie każdy z nas miał bowiem jakieś złe wspomnienia z podróżowaniem tym pociągiem. W każdym razie nieco odetchnęliśmy, gdy na horyzoncie pojawił się nasz skład i o dziwo był kilka minut przed czasem. Bez problemów znaleźliśmy miejsce w przedziale, w którym siedział jakiś starszy pan. Człowiek ów niewiele się odzywał. Przez większą część drogi do Wrocławia skrupulatnie coś liczył na wielkim, biurowym kalkulatorze. Gdy w końcu przestał, stwierdził, że jesteśmy normalni, ponieważ... nie siedzimy cały czas z nosami w telefonach komórkowych. Pożegnaliśmy sympatycznego współpasażera na stacji we Wrocławiu, a jego miejsce w przedziale zajął Wiroos. I w takim zestawieniu podróżowaliśmy sobie spokojnie w kierunku Krakowa.
Co w tym czasie wyczyniał mechanik na lokomotywie?? A lepiej nie mówić. Za Oławą złapało go... SHP. Od Opola do Mysłowic wszyscy dyżurni ruchu mówili mu, żeby wygasił tylni górny reflektor w lokomotywie, a gdy w końcu poszedł to zrobić, to w międzyczasie na jego poszukiwania wyruszył kierownik pociągu. Czasem jechał jakby mu się nie chciało, ale dla tych 120km/h, z którymi przejechaliśmy ostatni odcinek od stacji w Mydlnikach do Krakowa Głównego, warto było jechać na tę beznadziejną imprezę do Jeleniej Góry!! Cóż, dla takich chwil się żyje hihihihi.
Na koniec tradycyjne podziękowania, ale tym razem tylko dla kolegów za super zabawę i super weekend, który miał być namiastką naszych ferii zimowych!!

