Wydarzenia
Warszawskie Wojaże Krakowskiego Ogórka - 19-21.05.2006
- Kategoria: Wydarzenia
- Opublikowano: sobota, 11, sierpień 2018 12:00
- PSMKMS
- Odsłony: 735
Gdy w 2002 roku zakończono odbudowę Jelcza 272 MEX numer 341 oraz przyczepy Jelcz P01 numer 608, od początku stały się one oczkiem w głowie pracowników krakowskiego MPK. Kultowy "Ogórek" wraz z przyczepką - "Korniszonem" stał się kolejną perełką w bogatym zbiorze taboru zabytkowego miejskiego przewoźnika.
Oba pojazdy są odtąd prezentowane praktycznie przy każdej możliwej okazji. "Ogórek" bywał już poza Krakowem. W swej niedługiej karierze po odbudowie, autobus zdążył już objechać nawet z krótką wizytą do Drezna. Gdy więc z Warszawy nadeszło zaproszenie na I Międzynarodowy Zlot Ogórków, decyzja mogła być tylko jedna...
Początkowo do Warszawy mieliśmy jechać w piątek rano, tak aby skład "Ogórków" spokojnie mógł pokonać długą trasę. Okazało się jednak, że krakowski Jelcz jest tak rozchwytywany i ktoś wcześniej w dniu wyjazdu postanowił go wynająć. Stąd początek naszej podróży przesunięty został na godzinę 18. W zajezdni na Woli Duchackiej zjawiliśmy się o godzinie 17:30. Po chwili dołączył do nas nasz główny bohater "Ogórek". Łączenie Jelcza z przyczepką, późniejsze sprzątanie i przygotowania do dalekiej podróży przedłużyły się. Stąd w drogę mogliśmy wyruszyć dopiero po godzinie 19.
Kraków najwyraźniej nie chciał oddać swojego "Ogórka" warszawiakom, gdyż po kilkudziesięciu minutach jazdy przez miasto okazało się, że na pulpicie nie działa kontrolka ładowania akumulatora. Awaria ta mogła mogła być drobną usterką, z którą bez problemu dojechałoby się do stolicy, jak również mogłaby spowodować, że utknęlibyśmy gdzieś w polu. Stąd kierowcy natychmiast zadecydowali o wezwaniu Pogotowia Technicznego, z którym umówiliśmy się w pobliżu skrzyżowania alei 29 Listopada i Dobrego Pasterza, w miejscu w którym mieli się dosiąść pozostali uczestnicy naszej eskapady. Kilka minut później na miejscu zjawił się "pogot". Szybko ustalono, że winny jest spalony bezpiecznik. Tak więc o godzinie 20 mogliśmy spokojnie ruszać w drogę do Warszawy.
Odległość z Krakowa do Warszawy wynosi 300 kilometrów. Samochodem tę trasę można pokonać nawet w 3 godziny, autobusem turystycznym w 4 do 5 godzin, natomiast "Ogórkiem z ogonkiem" tylko... 6 godzin. Autobus ten bowiem nie osiąga wysokich prędkości. Na płaskim terenie można z niego wyciągnąć 60km/h. Przy jeździe z górki nieco więcej. Stąd niemal natychmiast po opuszczeniu Krakowa za naszym "ogonkiem" zaczął tworzyć się konwój samochodów, które przy każdej możliwej okazji usiłowały nas wyprzedzić. Na szczęście droga do Warszawy w ostatnim czasie w wielu miejscach została poszerzona, dzięki czemu kierowcy co jakiś czas mogli nas bezpiecznie wyprzedzić.
Oczywiście zdarzali się idioci, jak kierowca ciężarówki, który podczas ulewy, na linii ciągłej, do tego pod górkę, postanowił nas wyprzedzić i nie specjalnie mu przeszkadzało, że jego pojazd osiąga niewiele większe prędkości niż nasz jadący 60km/h "Ogórek". Oczywiście zdarzali się też inni, jak kierowca, który o mały włos nie wylądował na słupku rozdzielającym dwa pasy jezdni, czy inny szaleniec, który w Radomiu postanowił nagle zjechać ronda będąc na lewym pasie ruchu i nie przejął się bynajmniej tym, że przecina drogę "Ogórkowi" kilka centymetrów przed maską. Później się dziwić, że na drogach ginie w tym kraju tylu ludzi...
Nasi kierowcy okazali się jednak być fachowcami na tyle dobrymi i spokojnymi, że nie ruszały ich takie "wybryki", dzięki czemu w końcu o drugiej w nocy cali i zdrowi dojechaliśmy do celu, którym była będąca obecnie w likwidacji zajezdnia "Chełmska" w Warszawie.
Po krótkim, aczkolwiek intensywnym śnie przyszedł nowy dzień. Sobota miała być głównym dniem obchodów. Poza I Międzynarodowym Zlotem Ogórków nasza ekipa uczestniczyła w V Zjeździe Stowarzyszeń Miłośników Komunikacji Miejskiej oraz w III Nocy Muzeów. Dzień zaczęliśmy od posiłku w barze mlecznym ochrzczonym przez nas dość szybko mianem "Miś" z powodu dość bliskich związków z kultowym filmem Barei. Po zjedzeniu wodnistej jajecznicy, z tak zwaną kiełbasą, udaliśmy się na zajezdnię.
Przez kilka minut oglądaliśmy zgromadzone na "Chełmskiej" pojazdy. Poza krakowskim Jelczem przyjechały tu autobusy z Warszawy, Poznania, Bydgoszczy, Nowego Sącza, Jaworzna, Polic, Piaseczna a także z Eberswalde w Niemczech. Niestety, do Warszawy nie udało się dojechać pojazdom z Czech i Słowacji. Około 10:30 rozpoczęło się wspólne spotkanie wszystkich uczestników Zjazdu Stowarzyszeń Miłośników Komunikacji Miejskiej. Nasza ekipa reprezentowała Krakowski Klub Modelarzy Kolejowych. Organizatorzy najpierw powiedzieli kilka słów o obiekcie, w którym zostały zgromadzone "Ogórki". Zajezdnia "Chełmska" znajdująca się przy ulicy o tej samej nazwie właśnie jest w trakcie zamykania. Autobusy liniowe wyjechały stąd kilka tygodni temu. W czerwcu obiekt czeka już zupełna likwidacja. Tak więc wizyta "Ogórków" wraz z miłośnikami okazał się być pewnym zwieńczeniem historii tego liczącego ponad pół wieku obiektu, początkowo funkcjonującego jako zajezdni... trolejbusowa.
Następnie głos zabrał przedstawiciel warszawskiego Klubu Miłośników Komunikacji Miejskiej, który krótko przypomniał historię kultowych Jelczy zwracając szczególną uwagę na konstrukcje mniej znane, takie chociażby jak przegubowe wersje popularnych "Ogórków". Po nim prezentację bogatej kolekcji pojazdów warszawskiego Klubu rozpoczął współtwórca zbiorów, Marcin Żabicki. Podkreślił, że większość prac prowadzonych przy autobusach wykonywanych jest ręcznie przez członków Klubu. Zwrócił on również uwagę na krakowską oraz poznańską parę "Ogórków" jako najładniej i najdokładniej odbudowane spośród wszystkich autobusów tego typu w Polsce. Autobusy odnowione w kraju zdeklasowane zostały jednak przez "skład" z Eberswalde, który wyglądał, jakby dopiero co wyszedł z fabryki.
Po zakończeniu spotkania wszyscy udali się na plac do stojących tam "Ogórków". Po chwili pomiędzy autobusami pojawili się również zwiedzający - mieszkańcy Warszawy. Na pokładzie naszego "Ogórka" z Krakowa przywieziona została cała masa różnego rodzaju gadżetów związanych z MPK. Gazetki, cukierki, długopisy, a nawet reklamówka z logiem krakowskiego przewoźnika zostały rozdane w przeciągu kilku minut. Nasz autobus wraz z przyczepką cieszył się ogromnym powodzeniem. Tak minęło całe popołudnie. O godzinie 15 wszystkie "Ogórki" wyruszyły w wielką paradę ulicami Warszawy. Trzynaście autobusów stworzyło konwój, który majestatycznie skierował się na Trasę Siekierkowską.
Podczas przejazdu kolumna "Ogórków" zatrzymała się na fotostop na jednym z przystanków tuż przed Mostem Siekierkowskim. Trzeba będzie zrobić coś podobnego u nas na Bora-Komorowskiego... :)
Po przejechaniu na prawy brzeg Wisły ruszyliśmy w stronę Mostu Łazienkowskiego. Z powodu zamknięcia wjazdu na most "Ogórki" zwiedziły przy okazji wąskie uliczki na Saskiej Kępie. Po kilku minutach znów byliśmy na lewym brzegu i ulicą Czerniakowską wróciliśmy na zajezdnię przy ulicy Chełmskiej.
Autobusy ponownie ustawiły się na placu, a miłośnicy korzystając z pięknie świecącego słońca rozpoczęli ich masowe focenie.
Od lewej stoją: Jelcz 043+P01 z MPK Poznań, Skoda RTO+P01 z Eberswalde, Jelcz 272 MEX z KMKM Warszawa, dwa Jelcze 043 Artura Lemańskiego z Bydgoszczy, Jelcz 272 MEX+P01 z MPK Kraków, Jelcz 043 z KMKM Warszawa, Skoda z PKS Nowy Sącz, Jelcz 043 z Meteora Jaworzno, Jelcz 043 z SPPK Police, Jelcz 043 Tomasza Skrzelińskiego z Piaseczna, Jelcz 043 Artura Lemańskiego z Bydgoszczy oraz Jelcz 043+P01 z KMKM Warszawa.
Po zakończeniu focenia wszyscy udali się do baru "Miś" na obiad. W międzyczasie rozpadało się nad Warszawą, więc przygotowania do wyjazdu na miasto spędziliśmy w autobusie. Czas powiedzieć kilka słów o III Nocy Muzeów, której "Ogórki" miały być jedną z największych atrakcji, na tyle ważną, że autobus posiadający charakterystyczny obły kształt znalazł się nawet na plakacie reklamującym całą imprezę.
Noc Muzeów jest imprezą organizowaną od kilku lat w całej Europie. Podczas jednej nocy wszystkie muzea otwarte są do późnych godzin nocnych, a wstęp do nich zazwyczaj nic nie kosztuje. Imprezy te mają na celu zachęcić ludzi do odwiedzenia muzeów, galerii, których zwiedzanie w nocy niejednokrotnie przynosi większe wrażenia i standardowe "zaliczanie" podczas dnia. W Warszawie rok temu po raz pierwszy kilka "Ogórków" kursowało pomiędzy kilkoma muzeami. W tym roku postanowiono rozszerzyć całą akcję. Autobusy miały obsługiwać pięć linii oznaczonych literami od A do E. Poza "Ogórkami" na miasto wysłano również warszawskiego Sana H100 oraz Berlieta PR110, oba będące własnością KMKM Warszawa. Braki "taborowe" miały uzupełnić Solarisy Urbino 10 z jednej z prywatnych firm obsługujących linie w Warszawie.
Po godzinie 18 nasz "Ogórek" już bez "ogonka" wyjechał z zajezdni przy ulicy Chełmskiej, by udać się na Plac Bankowy. Tam o godzinie 19:05 mieliśmy rozpocząć pracę na brygadzie 4/C ( zgodnie z warszawską nomenklaturą 4 brygada linii C ). Na pętlę przyjechaliśmy kilkadziesiąt minut przed odjazdem. Mimo dość wczesnej pory panował tam spory ruch. Kierowcy, pracownicy Nadzoru Ruchu, strażnicy miejscy czy w końcu zwykli warszawiacy kręcili się wokół pojazdów. Do każdej brygady przydzielony został pilot, który miał prowadzić kierowców po ulicach Warszawy ( pozdrowienia dla Pawła!! ), dwóch strażników miejskich ( dla Panów również pozdrowienia!! ) oraz miłośnicy pełniący rolę obsługi konduktorskiej ( to my! ). Kilka minut przed godziną odjazdu podjechaliśmy na przystanek dla wsiadających, gdzie oczekiwały na nas tłumy. Autobus momentalnie zapełnił się pasażerami, tak że obsługa konduktorska miała problemy z wejściem do wozu.
O 19:05 ruszyliśmy w trasę kierując się ulicą Marszałkowską na południe. Na kolejnych przystankach wciąż dosiadali pasażerowie. Po kilkudziesięciu minutach kluczenia w końcu podjechaliśmy pod Muzeum Ziemi. Wjazd ten, poprowadzony wąską uliczką, zakończony małym placem z wielkim kamieniem postawionym na środku od początku wymagał zarówno od kierowców jak i samego autobusu niemałego wysiłku. Podobnie sprawa wyglądała z wjazdem na Plac Zamkowy, gdzie w rezultacie wtoczyliśmy się tylko raz. Na drugim kółku ktoś zastawił wjazd na ulicy Senatorskiej i po prostu nasz "Ogór" nie był w stanie pokonać zakrętu. Znacznie gorzej było pod Muzeum Ziemi, gdzie trzeba było nawracać "na trzy", a nawet "na pięć". Na drugim kółku "Ogórek" na chwilę odmówił posłuszeństwa. Z pasażerami dojechaliśmy na Plac Bankowy, gdzie rozpoczęła się reanimacja autobusu. Na szczęście po odolejeniu instalacji sprężonego powietrza mogliśmy planowo wyruszyć na trasę.
Przed rozpoczęciem kolejnego kursu kolegialnie doszliśmy do wniosku, że niestety trzeba ograniczyć liczbę pasażerów w autobusie. Stąd oczekujących ludzi na przystanku dla wsiadających w drzwiach autobusu przywitał strażnik miejski, obwieszczając że nie zabierzemy wszystkich. Odzew ludzi był oczywiście odwrotny do spodziewanego. Z jeszcze większym impetem ruszyli na "Ogórka" niejednokrotnie prawie zadeptując obsługę.
Oczywiście po chwili udało nam się opanować sytuację. Niestety, w rezultacie dość sporo zawiedzonych ludzi pozostało na przystanku. Dla nas też nie był to miły widok, ale cóż było robić - jeździć z mniejszą liczbą pasażerów, czy wykonać kółko przeciążonym autobusem, który pewnie po takim ekstremalnym kursie wróciłby do zajezdni lub nie. Zresztą nasz "Ogórek" sprawował się całkiem nieźle. Inne pojazdy nie wytrzymały do końca służby. Następnego dnia przekazaliśmy Marcinowi Żabickiemu, że zdecydowanie lepszym rozwiązaniem byłoby skierowanie w przyszłym roku "Ogórków" na jedną linię, na której kursowałyby z większą częstotliwością. Dzięki temu wszyscy pomieściliby się do autobusów. Niestety, na przeszkodzie do spełnienia tego życzenia jak zwykle stają pieniądze. Przez resztę "nocki" nasz "Ogórek" sprawował się już bez zarzutów. Podczas kursów wysłuchiwaliśmy miłych uwag pasażerów oraz niemiłych słów ludzi pozostających na przystankach. Podczas przerw dzięki panom strażnikom udało nam się poznać cennik warszawskiej izby wytrzeźwień oraz dowiedzieć się, co grozi za przeklinanie w miejscu publicznym. Na koniec po uszy ubawił nas "nachalny pasażer", który podczas piętnastominutowej przerwy trenował naszą wytrzymałość zadając tysiące pytań. Potem widzieliśmy tego pana, jak zadręczał pracowników Nadzoru Ruchu oraz Straży Miejskiej najpierw na Placu Bankowym a później pod Muzeum Ziemi. O godzinie pierwszej w nocy zakończyliśmy pracę na linii i zjechaliśmy do zajezdni przy ulicy Chełmskiej.
Następny, a zarazem ostatni dzień naszej warszawskiej eskapady rozpoczął się dość późno, bo o godzinie dziesiątej. Dopiero wtedy zwlekliśmy się z łóżek. Potem tylko ostatnia wizyta w "Misiu" i po jedenastej byliśmy na zajezdni. A tam dało się już odczuć klimat zakończenia imprezy. Kolejne autobusy zaczęły opuszczać zajezdnię. Członkowie warszawskiego Klubu co chwilę odwiedzali kolejne autobusy dziękując wszystkim za przybycie.
Po godzinie 12 również i nasza załoga wyruszyła w drogę powrotną do Krakowa. Po kilku minutach jeżdżenia po Warszawie w końcu wyjechaliśmy na drogę do Krakowa. Chwilę później na skrzyżowaniu spotkaliśmy nowosądeckiego "Ogórka", który jednak szybko pognał w stronę swojego domu. A my dumnie, z prędkością 60km/h, toczyliśmy się w stronę Krakowa.

