Wydarzenia
O EURO w Krakowie i na Ukrainie - 5.12.2011
- Kategoria: Wydarzenia
- Opublikowano: piątek, 28, marzec 2014 21:20
- PSMKMS
- Odsłony: 1531
Na przełomie listopada i grudnia 2011 roku przez tydzień przebywałem na Ukrainie, odwiedzając Donieck i okoliczne miasta. Jednocześnie, w tym samym czasie w Kijowie odbyło się losowanie składu grup na finały Mistrzostw Europy w Piłce Nożnej, które wspólnie zorganizuje Polska i Ukraina w 2012 roku. O ile do Donbasu wybrałem się głównie z chęci odwiedzenia tamtejszych sieci tramwajowych, o tyle nadchodzące EURO chcąc nie chcą skłania do spojrzenia na Ukrainę także z tej perspektywy. Zwłaszcza, że już za pół roku rozpocznie się turniej. Na Ukrainę zjadą kibice z Holandii, Danii, Niemiec, Portugalii, Szwecji, Francji i Anglii. Co ich tam czeka?? Na pewno bardzo wiele niespodzianek. Nim jednak o tym, na początek jeszcze parę słów o Krakowie, który mimo że nie zorganizuje żadnego meczu w ramach EURO 2012, ma jednak spore szanse wyjść całkiem nieźle na organizowanych w Polsce i na Ukrainie mistrzostwach.
Już za niecały rok Polska i Ukraina zorganizują wspólne Mistrzostwa Europy w Piłce Nożnej. Oba kraje od kilku lat przygotowują się do tej międzynarodowej imprezy z bardzo różnym skutkiem. Co sprawia, że Anglicy chcą spędzać ponad 2 godziny w samolocie pokonując 1600 kilometrów na mecze z Krakowa do Doniecka, Szwedzi najlepiej siedzieliby w Gdańsku, a w ogóle to prawdopodobnie 11 z 16 zespołów piłkarskich miejsce na swoją bazę w trakcie Euro wybierze na terenie Polski, a nie Ukrainy?
Od kilku dni prasa zachwyca się "fenomenem Krakowa". Kraków pominięty został przy wyborze miast, w których odbywać się będą piłkarskie mecze. Nie ma co ukrywać, że w tym przypadku merytoryczna ocena nie była najważniejszym kryterium przy takim a nie innym wyborze miast organizatorów meczów piłkarskich w naszym kraju. Niemniej jednak, tradycyjnie już to czego my sami nie doceniamy, zostało docenione poza naszym krajem. Kraków rzeczywiście ma szansę stać się największym fenomenem EURO 2012, mimo że w naszym mieście nie odbędzie się żaden mecz w ramach mistrzostw. Jest już niemal pewne, że Kraków gościć będzie aż trzy drużyny biorące udział w mistrzostwach. Takiej sytuacji ponoć nigdy wcześniej nie było. Do naszego miasta chcą bowiem przyjechać Holendrzy, Anglicy i Włosi. Wraz z nimi pojawią się rzesze kibiców, który zawsze towarzyszą swoim drużynom podczas mistrzostw. Im dłużej drużyny te będą grać na EURO, tym lepiej dla Krakowa. Kibice spędza bowiem w naszym mieście co najmniej kilkanaście dni. Nie przyjadą tylko na mecz, by po nim zaraz wsiąść w samolot i wrócić do domu. Poza kibicami, co tu owijać w bawełnę, z niezbyt biednych krajów, już zapowiedziane zostało, że Holendrzy wybudują boisko dla dzieci w Bronowicach. Anglicy chcą natomiast zmodernizować stadion Hutnika. Co więcej, za strefę kibica na krakowskich Błoniach, przeznaczoną dla 15 tys. osób oraz przystrojenie całego miasta flagami mistrzostw, zapłaci UEFA oraz sponsorzy. Tak więc Kraków wcale tak źle nie wyjdzie na EURO, a być może znajdzie się w czołówce miast, które najbardziej skorzystają na mistrzostwach.
Wróćmy jednak do tematu Ukrainy, której wszak dotyczyć miał ten tekst. Jak już napisałem na wstępie, prawdopodobnie tylko 5 z 16 zespołów za miejsce swojej bazy w trakcie mistrzostw wybierze jedno z ukraińskich miast. Holendrzy i Anglicy, mimo że mają wyznaczone mecze grupowe na Ukrainie, wolą mieszkać w Polsce. Kilka dni temu czytałem artykuł, w którym Szwedzi za miejsce pobytu najchętniej wybrali Gdańsk, a na samą myśl o konieczności podróży na Ukrainę wpadają w niemałą panikę. Nie ma się co dziwić. Polak jadąc na Ukrainę przeżywa niemały szok. Jadąc w przeciwnym kierunku, do Anglii, Holandii czy Szwecji, szok jest podobny, tyle że pozytywny. Co stanie się z Anglikiem, Holendrem, czy Szwedem, który jednak postanowi wybrać się do takiego Kijowa czy Doniecka? Łatwo mieć nie będzie, a już na pewno trudniej, niż Polacy, którzy mimo braku znajomości języka rosyjskiego są w stanie jako tako dogadać się z Ukraińcami. O wszystkich czekających trudnościach postaram się opowiedzieć poniżej na podstawie własnych doświadczeń z tygodniowego pobytu w Donbasie.
Już po wyjściu z samolotu na Ukrainie, obcokrajowiec napotka trudności z porozumieniem się. Napisy w języku angielskim na Ukrainie należą do rzadkości. Podobnie, jak obsługa mówiąca w innym obcym języku niż rosyjski. Przykład? W Doniecku zapowiedziano odlot samolotu do Warszawy. Pasażerowie zeszli z terminalu do autobusu lotniskowego, ale wciąż brakowało kilku osób. Znalazły się po dobrej chwili. Wśród nich był czarnoskóry oraz prawdopodobnie Anglik. Czemu nie zeszli do autobusu od razu? Bo odlot samolotu zapowiedziano tylko po ukraińsku, a angielskojęzyczne zapowiedzi pojawiły się dopiero wtedy, gdy zaczęło brakować pasażerów.
Załóżmy jednak, że taki Anglik, Holender czy Szwed przeszedł przez kontrolę paszportową na lotnisku bezboleśnie. Odebrał bagaż z normalnego podajnika, bo w Doniecku zakończono budowę nowego terminalu i nie trzeba wychodzić z budynku do wózka akumulatorowego na płytę lotniska, by sobie wybrać swoją walizkę. Teraz czas na podróż po mieście. Wybór środków transportu zbiorowego jest bogaty: tramwaj, autobus, trolejbus, marszrutka, a w Kijowie czy w Charkowie nawet metro. Donieck do czasu mistrzostw chyba nie dorobi się podziemnej kolejki. Nim jednak przejdziemy do opisu poszczególnych środków transportu, trzeba zapoznać się z rozkładem jazdy. I tu zaczyna się problem. Pomijając marszrutki, bo o nich opowiem więcej za chwilę, ewentualny pasażer praktycznie nie jest w stanie zapoznać się z rozkładem jazdy. Standardem w krajach byłego Związku Radzieckiego są tabliczki na sieci, gdzie przy numerze linii napisana jest częstotliwość, z jaką kursuje dana linia o określonej porze dnia. Wygląda to mniej więcej tak: 7:00 - 19:00, co 7 - 24 min. Ewentualnie podany jest pierwszy i ostatni kurs. Takie tabliczki spotkamy w Kijowie. W Doniecku już niestety wyparowały. Ewentualnie, można je zobaczyć w pobliskim Jenakiewie, ale tam żaden kibic piłkarski z Europy raczej nie dotrze (i może dobrze, ze względu na jego zdrowie psychiczne). Tylko na jednym przystanku trolejbusowym w Doniecku udało nam się dostrzec wielki plakat w gablocie reklamowej, który zawierał tabelkę z listą linii i częstotliwością ich kursowania w danych porach dnia.
Powiedzmy jednak, że kibic ma szczęście i środek transportu nadjedzie. Jeśli będzie to tramwaj, to pasażer musi uzbroić się w dużo cierpliwości. Komunikacja miejska na Ukrainie, w szczególności tramwajowa, przeznaczona jest dla osób z wyjątkowo dużą ilością wolnego czasu. Poza szybkim tramwajem w Kijowie, ukraińskie tramwaje są niesamowicie zdezelowane, zapuszczone i powolne. Po ulicach miast poruszają się z minimalną prędkością. Na EURO nie będzie również żadnych większych inwestycji zarówno w infrastrukturę jak i tabor. Tylko Kijów może pochwalić się zakupem kilkunastu wozów, w pozostałych miastach nowe tramwaje stanowią incydentalne przypadki. Nie dziwi więc fakt, że pasażerowie wybierają inne środki transportu, a niedoinwestowany od lat transport tramwajowy powoli znika z ukraińskich miast.
Autobusy i trolejbusy stanowią zdecydowane przeciwieństwo tramwajów. Są to zdecydowanie najwygodniejsze i najszybsze środki transportu w miastach. Co więcej, ukraiński rząd w ramach przygotowań do EURO zakupił kilka tysięcy nowych autobusów i trolejbusów, które już widać na ulicach Kijowa, Lwowa, Charkowa czy Doniecka. Wprawdzie są to ukraińskie LAZ-y, ale nie ma co wybrzydzać. Na razie, póki są nowe, nie odbiegają znacząco poziomem od zachodnich pojazdów.
W końcu dochodzimy do słynnych "marszrutek", które po zmianach ustrojowych w latach dziewięćdziesiątych opanowały ulice krajów byłego Związku Radzieckiego. Generalnie są to busiki, które w ogromnych ilościach poruszają się właściwie wszędzie. Pewną zagadkę, przynajmniej dla mnie, stanowi legalność działania tych pojazdów. Widać bowiem, że ktoś jednak nad nimi panuje. Marszrutki mają bowiem swoje trasy, są oznaczone numerem linii i jako tako trzymają się rozkładów jazdy. W przypadku marszrutek międzymiastowych, przy wyjeździe z dworca pracownik sprawdza, czy ilość pasażerów zgadza się ze sprzedaną liczbą biletów na dany kurs. Zdarzają się nawet lotne kontrole na trasie. Czy jednak kierowcy marszrutek oddani są swoim pracodawcom aż tak bardzo, że walczą o każdego pasażera, zatrzymując się praktycznie wszędzie, często w miejscach niedozwolonych, wykonując niebezpieczne manewry, a nawet goniąc się, czy zajeżdżając drogę autobusom i trolejbusom?
Napisałem, że jako tako trzymają się rozkładów jazdy. Przynajmniej, jeśli chodzi o marszrutki międzymiastowe. Skąd to wiem? Ze strony bus.com.ua. Autentycznie jest to jedyna rzecz, jakiej Ukraińcom zazdroszczę. Po prostu mistrzostwo świata w porównaniu z komunikacją autobusową w Polsce. Na jednej stronie zgromadzone zostały bowiem rozkłady jazdy międzymiastowych marszrutek z całego kraju. Można więc zaplanować sobie podróż, a nawet kupić bilet (chociaż tej ostatniej opcji nie próbowałem). Ze świecą szukać w Polsce strony internetowej, która obejmowałaby swym zasięgiem rozkłady jazdy większości przewoźników międzymiastowych, nie wspominając już o możliwości zakupu biletów.
Na koniec pozostaje jeszcze jeden temat, który może zachodnich kibiców wprowadzić w spore zakłopotanie. Ukraina do dnia dzisiejszego znajduje się w rosyjskiej strefie wpływów. Wszak przez ponad pół wieku leżała w granicach Związku Radzieckiego. Jednym z wymysłów tego systemu była swoista "szpiegofobia". Ludziom na każdym kroku przypominano, by uważali na szpiegów, a każdy obcokrajowiec traktowany był z pewną podejrzliwością. Niestety, wiele z tamtego myślenia pozostało do dziś.
Przejdźmy jednak do szczegółów. Podczas naszego pobytu na pętli tramwajowej przy kombinacie w miejscowości Awdijiewka, położonej tuż obok Doniecka, uznano nas za... szpiegów NATO. I mówię to całkowicie poważnie, jakkolwiek sytuacja była dla nas bardzo komiczna. Dla Ukraińców, przynajmniej niektórych, niekoniecznie. Najgorsze jest to, że gość, który nas złapał, rzeczywiście ślepo wierzył w to, że oto ma przed sobą szpiegów z Polski, pracujących na rzecz NATO. Nie powstrzymało go nawet to, że staliśmy sobie na środku ulicy z aparatami na szyi, fotografowaliśmy wszystko co się rusza i w żaden sposób się z tym nie kryliśmy. Cóż, może sądził, że to jakiś nowy sposób kamuflażu obcego wywiadu. Całą sytuację udało się wyjaśnić po wizycie u szefa ochrony kombinatu, który mimo wieku okazał się być w miarę rozsądnym człowiekiem. Trochę uspokoił się, gdy pokazaliśmy mu w Internecie moją stronę i zapewniliśmy, że w Polsce fotografować można wszystko. Na wszelki wypadek nie pokazaliśmy mu strony maps.google.pl, na której jego kombinat widoczny jest jak na talerzu. Gość mógłby tego nie przeżyć...
Oczywiście, żaden Anglik czy Holender nie wybierze się do leżącej tuż obok Doniecka Awdijiewki, by sfotografować dym wyłaniający się z kominów tamtejszego kombinatu. Nie mniej jednak, Donieck też jest miastem przemysłowym, a Ukraińskie huty generalnie są dość widowiskowe, wypuszczając z kominów tony zanieczyszczeń do atmosfery.
To tylko kilka z wielu kwestii, z którymi zetkną się europejscy kibice przyjeżdżający na Ukrainę w trakcie przyszłorocznych Mistrzostw Europy w Piłce Nożnej. W tekście zająłem się przede wszystkim tematem transportu, gdyż interesuje mnie najbardziej. Nie poruszone zostały natomiast inne kwestie, z którymi również borykać się będą europejscy kibice. Noclegi czy chociażby możliwość zjedzenia normalnego posiłku również mogą okazać się być nie lada wyzwaniem. Podobnie, jak poruszanie się po Ukrainie w sposób inny niż samolotem. U naszego wschodniego sąsiada wciąż nie ma ani kilometra drogi, który można by uznać za autostradę. Generalnie więc zachodni kibice powinni nastawić się na spory szok.

